Mazowsze | Śląsk | Pomorze | Wielkopolska | Podkarpacie | Malopolska | Kujawy | Ziemia Lubuska | Lubelskie | Warmia i Mazury | Podlesie | Łódzkie | Świętokrzyskie
Spece od muzykoplastyki - wywiad z zespołem PIN
O Chorzowie, pomoście między zespołem a publicznością i nowej płycie z zespołem PIN, we wrześniu 2007 roku rozmawiał Paweł Mikołajczyk
O Chorzowie, pomoście między zespołem a publicznością i nowej płycie rozmawiamy z zespołem PIN.
-Co powiecie na to, że zaczniemy po „chorzowsku”?
Andrzej Lampert: To znaczy po śląsku? (śmiech)
-Mogymy godać po śląsku, ale chodziło mi o coś innego. Najlepsze zespoły w historii muzyki łączy jedno miasto. Prosty przykład Beatlesów, chłopców z Liverpoolu. Was łączy Chorzów, to prawda?
AL: Ja. Tak naprowdy to ino jo się urodził w Chorzowie (śmiech). Dziś oprócz mnie, również Olek mieszka w tym mieście. Chorzów połączył nas przede wszystkim przez miejsca nauki i pracy.
Sebastian Kowol: Jestem najmniej związany z Chorzowem, bo nigdy w tym mieście nie mieszkałem, tylko w pobliskich Siemianowicach. Mimo to Chorzów przewija się przez całe moje życie. Tutaj poznałem chłopaków i chodziłem z nimi do tej samej szkoły muzycznej. Miejscem, do którego często powracamy jest Teatr Rozrywki. Tam razem pracowaliśmy.
Aleksander Woźniak: Choć urodziłem się w Bytomiu, to czuję się Chorzowianinem.
AL: Jo działom w Chorzowie właściwie od dziecka. Tu żech się urodził. Tu żyja. Teraz trocha zdradzom go z Krakowem, ale w Chorzowie cały czos mieszkom.
-Ale w Krakowie chyba nie godosz po śląsku?
AL: Ja! Kaj jada, tam godom. Ostatnio kręcilimy w Sopocie teledysk z Hanią Stach do drugiej części musicalu High School Musical. Przyjechaliśmy z Alkiem zmęczeni po nocnej podróży samochodem. Siódma rano. Błyskawiczne śniadanie. Szybki prysznic. Idę na molo. A tam podchodzi do mnie człowiek i pierwsze zdanie: Te! Tyś jest hanys! – mówi. Ja! Jo jest z Chorzowa – odpowiadam. Na co on, że jest z Katowic. Jeronie, jak mi sięmiło zrobiło! I potem my już jechali cały dzień po naszymu.
AW: Okazało się, że to był reżyser
AL: To był Tadek Śliwa. Wszyscy mieli niezłą zabawę. Podchodzili do nas zaciekawieni gwarą śląską. Generalnie nie wstydzimy się gwary. Wręcz przeciwnie, coraz częściej przy pracy godomy po naszymu.
-Wasze piosenki nie są pisane gwarą.
AL: Gdyby były pisane gwarą nie dotarlibyśmy do większej rzeszy ludzi.
-Skąd pomysł na piosenkę o Chorzowie [„hożoof 41500”]. Jak ona powstawała?
SK: Siedzieliśmy w Chorzowie w domu u Olka i pisaliśmy ten tekst.
AW: Nie do końca. Refren powstał w katowickiej knajpie. Co ciekawe, pierwotnie nie miał to być numer o Chorzowie. To miała być piosenka o obojętności.
-Czyżby Chorzów był wam obojętny?
AW: Chodzi o obojętność ludzką. O ludzi, którzy są obojętni na innych i nie widzą, co się wokół nich dzieje. Po prostu żyją tylko sobą.
AL: Bardzo kocham swoje miasto, choć nie ukrywam, że zauważam w nim ludzką obojętność. Zdaję sobie sprawę w jakich realiach żyjemy. Chorzów jest jednym z miast, gdzie panuje duża patologia, bieda i bezrobocie. Wiem, że wielu z nas jest ciężko, ale to nie usprawiedliwia nas, by pozbawiać się najważniejszych wartości, takich jak choćby miłość względem bliźnich. My się trochę przeciwko temu buntujemy. Chcemy powiedzieć: Nie bądź obojętny na drugiego, pomóż. Piosenka jest też o tym, co nas otacza, o ludziach, o szarych budynkach, które popadają w zapomnienie. Stare kamienice są piękne, ale niewielu właścicieli kwapi się do tego, by je odnawiać. Kiedy jedziesz do Wiednia, jesteś zachwycony. Śląsk tak samo mógłby zachwycać. Gdyby nasz region nie był taki szary, ludzie pewnie byliby bardziej uśmiechnięci. Życie miałoby większy sens.
-Z jednej strony tryskacie humorem, ale kiedy przechodzimy do bardziej poważnych tematów jest już nostalgicznie. Wasze piosenki też nie są radosne. Hitami są te smutniejsze.
AW: Nostalgiczny naród, po prostu. Jakoś tak to jest, że radiowcy wybierają smutne piosenki na single.
AL: Nie ukrywam, że jestem nostalgicznym człowiekiem. Kiedy tworzę, preferuję harmonię molową, czyli smutną. Ona mnie inspiruje. Nie lubię piosenek lekkich, łatwych i przyjemnych. Nie chcę byśmy byli kolorowi, piękni, zrobieni. Chcemy mówić prawdziwie o tym, co czujemy.
-Często podkreślacie w wywiadach, że w PIN-ie odnaleźliście się. W tym zespole jesteście prawdziwi i realizujecie siebie. Czy nie mieliście ani razu ochoty wymyślić coś pod publiczkę? Zagrać typowo koniunkturalnie. Czy zawsze, jak deklarujecie, jesteście prawdziwi w tym co robicie?
AW: Takie myślenie to działka osób, które chcą sprzedać produkt, czyli wytwórni płytowej, menedżera, kogoś kto nie ma osobistego podejścia do twórczości, tylko traktuje muzykę jak nowy, promocyjny jogurt, czy czekoladę, którą trzeba ładnie opakować i sprzedać. Rozmowa z firmą fonograficzną zwykle wygląda tak, że musimy określić, dla kogo będziemy grać, komu śpiewać, jak będziemy wyglądać, żeby dotrzeć do tej, czy do innej grupy. Muzycy nigdy się nad tym nie zastanawiają i chyba nie powinni, bo to wtedy tworzy sztuczność. To tak, jakbyśmy chcieli zagrać dla Austriaków na trzy, bo oni lubią walce. To jest niebezpieczne. Trzeba z tym walczyć, ale nie da się tego uniknąć.
AL: Na naszym rynku preferuje się ostatnio rzeczy najprostsze, najbardziej szołmeńskie, które nie zawsze zawierają jakąś głębię, czy przesłanie. Wiem, że do większości ludzi trzeba trafiać prostymi rzeczami, bo piękno tkwi w prostocie, ale robienie tego tylko dlatego, żeby zarobić pieniądze jest dla mnie bardzo błahe. Dlaczego PIN jest projektem, w którym realizujemy się szczególnie? Bo do tej pory każdy z nas w przeszłości brał udział w projektach, które nie były niezależne. Zawsze trzeba było robić coś pod czyjeś dyktando. PIN to jest pierwszy etap w życiu każdego z nas, kiedy robimy to, co lubimy. Nikt nam nie mówi „tu zrób inaczej”, bo to się nie sprzeda. Po prostu tworzymy muzykę. Nasz wydawca musi się martwić o sprzedaż. Tylko czasami myślimy o tym, co zrobić, aby dotrzeć do szerszej grupy ludzi. Tak jest na przykład teraz, przy pracy nad naszą drugą płytą. Po raz pierwszy w historii zespołu zgodziliśmy się na nagranie utworu z tzw. publishingu. Muzyka i tekst nie są banalne. My wierzymy we własną twórczość, ale ten cudzy numer ma być pomostem między nami a publicznością. Jeśli utwór się przyjmie, ludzie zainteresują się naszą pozostałą twórczością.
-Kiedy go usłyszymy?
AW: Tego nie wiemy. Okaże się w najbliższych dniach.
-Jakiś tytuł?
AW: Na razie roboczy. Nic nie możemy zdradzić.
-Jak wygląda praca nad nową płytą?
SK: Mamy grubo ponad dwadzieścia piosenek. Zastanawiamy się, co wrzucić na krążek i powoli kończymy, ale cały czas jeszcze trwa etap produkcji.
-Kiedy album się ukaże?
AL: Jeszcze w tym roku, choć jego premierę przeciągamy już od zeszłego.
AW: I tu wchodzi czynnik, o którym mówiliśmy wcześniej, czyli rozmowy z wydawcą (śmiech). Płyta była już niemal zamknięta, ale firma wydawnicza chciała zaingerować. I chyba w jakiś sposób nam pomogła. Niech to nie zabrzmi tak, że artyści sobie tworzą, a inni im to psują. Osoby z zewnątrz mają większą szansę na chłodne spojrzenie na to, co robimy. Faktycznie, czasami pewne rzeczy można wyprostować. Trzeba przyznać, że wszyscy artyści mają problem z przebijaniem się z własną twórczością. To nie jest tak, że muzyk napisze piosenkę, przyjdzie do wydawcy, a on powie, że to świetne i na pewno się sprzeda. Nie wystarczy docierać do publiki z własną twórczością. Trzeba też umieć się wypromować. Tak było z wieloma zespołami znanymi na świecie. Na przykład Depeche Mode, który przychodził do BBC czy CBS, a wydawcy odstawiali ich z kwitkiem twierdząc, że ich twórczość jest dziwna i nie nadaje się do grania. Gdy się już z nią osłuchali, to grali ją właśnie dlatego, że była dziwna i charakterystyczna. Trzeba umieć się przebić i każdy musi się do tego przekonać.
-Wspomniałeś „Depechów”. Powiedzcie o waszych inspiracjach. Czego słuchacie?
AW: Jestem fanem zespołu A-Ha. Lubię też stare zespoły gitarowe typu Queen, U2, Yes. A jeśli chodzi o inspiracje do tekstów, to piszemy o tym, co dzieje się w naszym życiu. O tym, co było kiedyś, o dawnych miłościach, spotkaniach, albo wydarzeniach.
AL: Podpinom, się pod tym, co Olek godoł. On zaraził nas zespołem A-Ha. Do tego stopnia, że pojechaliśmy na ich koncert do Drezna. Ostatnio jestem bardzo zauroczony muzyką Queenów. Odkryłem ich dość późno, ale jest to coś, co mnie bardzo inspiruje do dalszej twórczości. Może na następnej płycie PIN-u będzie to już słyszalne. Inspiruje mnie także muzyka klasyczna. to wszystko, czego słuchamy pomaga nam w dobraniu stylu w aranżacjach naszych utworów. Choć jest tego dużo, powstaje niezła mieszanka. Co do tekstów, nie lubię wymyślanych historii, wolę prawdę. . Łatwiej mi przychodzi pisanie o rzeczach, które się wydarzyły.
SK: Dodałbym jeszcze Stinga, który zawsze mnie wprowadza w dobre wibracje i kawałek muzyki typu Pearl Jam, Linkin Park, Limp Bizkit, co słychać na pierwszej płycie. Na drugiej odeszliśmy bardziej w kierunku Coldplay. W tekstach piosenek różne rzeczy są inspirujące. Jedziesz autem, ktoś palnie jakieś głupstwo. Potem okaże się, że to fajny zlepek słów, potem okazę się, że to fajny zlepek słów, i... coś z tego powstaje.
-Macie jakiś przykład?
AL: Tak było w przypadku piosenki o Chorzowie. Siedzieliśmy w knajpce w czasie, kiedy miały miejsce zamachy w Madrycie. I mówię chłopakom: Panowie, to straszne! Trzeba coś o tym napisać. Na przykład o tym, że... nikt nie widzi nic, że nikt nic nie czuje, staliśmy się na to obojętni”. I tak powstał refren „Nie widzę nic, nie czuję nic, nie chcę słyszeć…”
-Myślicie, że PIN to ostatni etap? Czy będzie jeszcze coś nowego w waszej karierze?
SK: Mamy założenie, że nie. Wydaje się, że zebraliśmy naszą twórczość, że jest fajnie, że dogadujemy się i trudno zakładać, że to się ma jakoś rozlecieć. Jednak różne rzeczy mogą się wydarzyć.
AL: Nie no. PIN będzie istniał do końca życia.
SK: Tego zespołu, czy członków?
AL: Tak długo, aż będziemy mieli wszyscy siły, choć prawdą jest, że marzeniem każdego wokalisty jest solowa płyta. Olek lubi zespół Enigma, chciałby tworzyć muzykę instrumentalną,Sebastian uwielbia solówki jazzowe. Nie chcielibyśmy się zamykać.
AW: PIN jest naszą bazą, a inne gałęzie są po to, byśmy mogli się realizować, ale to nigdy nie będzie burzyło idei zespołu. Zresztą wiele zespołów robi tak, że nagrywa dwie, trzy płyty, robią przerwę na inne projekty, by z nowymi doświadczeniami wrócić znów do zespołu.
AL: Żyjemy w zdrowej atmosferze, nie stosujemy używek, Jesteśmy odpowiedzialni. Mamy do tego zdrowy dystans. Wierzymy, że czuwa nad tym Bóg i dzięki temu ma to szansę przetrwać.
-No właśnie. W święta wielkanocne mieliśmy okazję usłyszeć Ciebie w kościele św. Jadwigi, podczas liturgii Triduum Paschalnego.
AL: Bardzo chciałem się zaangażować. Służba w kościele jest mi bardzo bliska. Przez wiele lat byłem ministrantem, kantorem, śpiewałem psalmy. Działałem w oazie przez dwa lata. Mam wielu znajomych z tego kręgu. Nie utrzymujemy już dzisiaj tak żywych kontaktów, ale to we mnie istnieje i cały czas chcę uczestniczyć w życiu kościoła. To nie ma nic wspólnego z tym, że jestem osoba publiczną. Chcę się właczać w służbę jako członek kościoła.
-Kiedy wchodziłeś w święta na ambonę, ludzie szeptali miedzy sobą i pytali „Czy to jest Andrzej Lampert?” Nie przeszkadza czasem ta popularność?
AL: Mamy bardzo dojrzałych fanów, którzy nie ingerują w nasze życiorysy. Jeśli ktoś nas zauważa na ulicy, to miłe. Jesteśmy normalnymi ludźmi. Nie obnosimy się ze swoją popularnością.
-Według wstępnego zamysłu w PIN-ie miała być wokalistka. Nie brakuje wam kobiecego wokalu?
AW: To nie tak do końca. Zawsze chciałem założyć zespół i szukałem do niego wokalistki. Przed PIN-em nigdy nie miałem wizji, żeby w zespole śpiewał facet.
AL: Nie wierzył we mnie (śmiech)… Na nowej płycie w chórkach można usłyszeć głos żeński w chórkach. To nas trochę odświeżyło.
-Uchylcie trochę rąbka tajemnicy. Czym zaskoczycie na nowej płycie?
AW: Melancholią (śmiech).
AL: Poszerzyliśmy instrumantarium o fortepian. Chcemy, by poprzez to koncerty były ciekawym widowiskiem dla ludzi, ale wynikającym z naszej muzyki. Nie, sztucznie wykreowanymi jakimiś kolorowymi fajerwerkami.
AW: To będzie kontynuacja pierwszej płyty.
-Czyli tytuł będzie „0002” [pierwsza płyta PIN-u nazywa się „0001” – przyp. red.]?
AL: Nie. Album będzie nazywał się „Muzykoplastyka”.
AW: Była recenzja w „Przekroju”. Nazwali nas specami od muzykoplastyki. Nam się to spodobało. Opisali nas jako ludzi nie do końca świadomych tego, co robią. Niby to ładne, dobrze zgrane, ale nie ma w tym ideologii. Na przekór temu chcemy pokazać, że naszą ideologią jest właśnie muzykoplastyka.
-Kiedy was usłyszymy?
AW: Za chwilę, bo musimy wreszcie zacząć próbę (śmiech).
AL: Koncerty mamy dziś w Brennej, jutro w Ustroniu, 1 września w Nowej Rudzie, dzień później w Chorzowie na stadionie Ruchu i 8 września być może w Gliwicach. W październiku będzie można nas usłyszeć na Festiwalu Stróżów Poranka w Teatrze Rozrywki
-Co powiecie na to, że zaczniemy po „chorzowsku”?
Andrzej Lampert: To znaczy po śląsku? (śmiech)
-Mogymy godać po śląsku, ale chodziło mi o coś innego. Najlepsze zespoły w historii muzyki łączy jedno miasto. Prosty przykład Beatlesów, chłopców z Liverpoolu. Was łączy Chorzów, to prawda?
AL: Ja. Tak naprowdy to ino jo się urodził w Chorzowie (śmiech). Dziś oprócz mnie, również Olek mieszka w tym mieście. Chorzów połączył nas przede wszystkim przez miejsca nauki i pracy.
Sebastian Kowol: Jestem najmniej związany z Chorzowem, bo nigdy w tym mieście nie mieszkałem, tylko w pobliskich Siemianowicach. Mimo to Chorzów przewija się przez całe moje życie. Tutaj poznałem chłopaków i chodziłem z nimi do tej samej szkoły muzycznej. Miejscem, do którego często powracamy jest Teatr Rozrywki. Tam razem pracowaliśmy.
Aleksander Woźniak: Choć urodziłem się w Bytomiu, to czuję się Chorzowianinem.
AL: Jo działom w Chorzowie właściwie od dziecka. Tu żech się urodził. Tu żyja. Teraz trocha zdradzom go z Krakowem, ale w Chorzowie cały czos mieszkom.
-Ale w Krakowie chyba nie godosz po śląsku?
AL: Ja! Kaj jada, tam godom. Ostatnio kręcilimy w Sopocie teledysk z Hanią Stach do drugiej części musicalu High School Musical. Przyjechaliśmy z Alkiem zmęczeni po nocnej podróży samochodem. Siódma rano. Błyskawiczne śniadanie. Szybki prysznic. Idę na molo. A tam podchodzi do mnie człowiek i pierwsze zdanie: Te! Tyś jest hanys! – mówi. Ja! Jo jest z Chorzowa – odpowiadam. Na co on, że jest z Katowic. Jeronie, jak mi sięmiło zrobiło! I potem my już jechali cały dzień po naszymu.
AW: Okazało się, że to był reżyser
AL: To był Tadek Śliwa. Wszyscy mieli niezłą zabawę. Podchodzili do nas zaciekawieni gwarą śląską. Generalnie nie wstydzimy się gwary. Wręcz przeciwnie, coraz częściej przy pracy godomy po naszymu.
-Wasze piosenki nie są pisane gwarą.
AL: Gdyby były pisane gwarą nie dotarlibyśmy do większej rzeszy ludzi.
-Skąd pomysł na piosenkę o Chorzowie [„hożoof 41500”]. Jak ona powstawała?
SK: Siedzieliśmy w Chorzowie w domu u Olka i pisaliśmy ten tekst.
AW: Nie do końca. Refren powstał w katowickiej knajpie. Co ciekawe, pierwotnie nie miał to być numer o Chorzowie. To miała być piosenka o obojętności.
-Czyżby Chorzów był wam obojętny?
AW: Chodzi o obojętność ludzką. O ludzi, którzy są obojętni na innych i nie widzą, co się wokół nich dzieje. Po prostu żyją tylko sobą.
AL: Bardzo kocham swoje miasto, choć nie ukrywam, że zauważam w nim ludzką obojętność. Zdaję sobie sprawę w jakich realiach żyjemy. Chorzów jest jednym z miast, gdzie panuje duża patologia, bieda i bezrobocie. Wiem, że wielu z nas jest ciężko, ale to nie usprawiedliwia nas, by pozbawiać się najważniejszych wartości, takich jak choćby miłość względem bliźnich. My się trochę przeciwko temu buntujemy. Chcemy powiedzieć: Nie bądź obojętny na drugiego, pomóż. Piosenka jest też o tym, co nas otacza, o ludziach, o szarych budynkach, które popadają w zapomnienie. Stare kamienice są piękne, ale niewielu właścicieli kwapi się do tego, by je odnawiać. Kiedy jedziesz do Wiednia, jesteś zachwycony. Śląsk tak samo mógłby zachwycać. Gdyby nasz region nie był taki szary, ludzie pewnie byliby bardziej uśmiechnięci. Życie miałoby większy sens.
-Z jednej strony tryskacie humorem, ale kiedy przechodzimy do bardziej poważnych tematów jest już nostalgicznie. Wasze piosenki też nie są radosne. Hitami są te smutniejsze.
AW: Nostalgiczny naród, po prostu. Jakoś tak to jest, że radiowcy wybierają smutne piosenki na single.
AL: Nie ukrywam, że jestem nostalgicznym człowiekiem. Kiedy tworzę, preferuję harmonię molową, czyli smutną. Ona mnie inspiruje. Nie lubię piosenek lekkich, łatwych i przyjemnych. Nie chcę byśmy byli kolorowi, piękni, zrobieni. Chcemy mówić prawdziwie o tym, co czujemy.
-Często podkreślacie w wywiadach, że w PIN-ie odnaleźliście się. W tym zespole jesteście prawdziwi i realizujecie siebie. Czy nie mieliście ani razu ochoty wymyślić coś pod publiczkę? Zagrać typowo koniunkturalnie. Czy zawsze, jak deklarujecie, jesteście prawdziwi w tym co robicie?
AW: Takie myślenie to działka osób, które chcą sprzedać produkt, czyli wytwórni płytowej, menedżera, kogoś kto nie ma osobistego podejścia do twórczości, tylko traktuje muzykę jak nowy, promocyjny jogurt, czy czekoladę, którą trzeba ładnie opakować i sprzedać. Rozmowa z firmą fonograficzną zwykle wygląda tak, że musimy określić, dla kogo będziemy grać, komu śpiewać, jak będziemy wyglądać, żeby dotrzeć do tej, czy do innej grupy. Muzycy nigdy się nad tym nie zastanawiają i chyba nie powinni, bo to wtedy tworzy sztuczność. To tak, jakbyśmy chcieli zagrać dla Austriaków na trzy, bo oni lubią walce. To jest niebezpieczne. Trzeba z tym walczyć, ale nie da się tego uniknąć.
AL: Na naszym rynku preferuje się ostatnio rzeczy najprostsze, najbardziej szołmeńskie, które nie zawsze zawierają jakąś głębię, czy przesłanie. Wiem, że do większości ludzi trzeba trafiać prostymi rzeczami, bo piękno tkwi w prostocie, ale robienie tego tylko dlatego, żeby zarobić pieniądze jest dla mnie bardzo błahe. Dlaczego PIN jest projektem, w którym realizujemy się szczególnie? Bo do tej pory każdy z nas w przeszłości brał udział w projektach, które nie były niezależne. Zawsze trzeba było robić coś pod czyjeś dyktando. PIN to jest pierwszy etap w życiu każdego z nas, kiedy robimy to, co lubimy. Nikt nam nie mówi „tu zrób inaczej”, bo to się nie sprzeda. Po prostu tworzymy muzykę. Nasz wydawca musi się martwić o sprzedaż. Tylko czasami myślimy o tym, co zrobić, aby dotrzeć do szerszej grupy ludzi. Tak jest na przykład teraz, przy pracy nad naszą drugą płytą. Po raz pierwszy w historii zespołu zgodziliśmy się na nagranie utworu z tzw. publishingu. Muzyka i tekst nie są banalne. My wierzymy we własną twórczość, ale ten cudzy numer ma być pomostem między nami a publicznością. Jeśli utwór się przyjmie, ludzie zainteresują się naszą pozostałą twórczością.
-Kiedy go usłyszymy?
AW: Tego nie wiemy. Okaże się w najbliższych dniach.
-Jakiś tytuł?
AW: Na razie roboczy. Nic nie możemy zdradzić.
-Jak wygląda praca nad nową płytą?
SK: Mamy grubo ponad dwadzieścia piosenek. Zastanawiamy się, co wrzucić na krążek i powoli kończymy, ale cały czas jeszcze trwa etap produkcji.
-Kiedy album się ukaże?
AL: Jeszcze w tym roku, choć jego premierę przeciągamy już od zeszłego.
AW: I tu wchodzi czynnik, o którym mówiliśmy wcześniej, czyli rozmowy z wydawcą (śmiech). Płyta była już niemal zamknięta, ale firma wydawnicza chciała zaingerować. I chyba w jakiś sposób nam pomogła. Niech to nie zabrzmi tak, że artyści sobie tworzą, a inni im to psują. Osoby z zewnątrz mają większą szansę na chłodne spojrzenie na to, co robimy. Faktycznie, czasami pewne rzeczy można wyprostować. Trzeba przyznać, że wszyscy artyści mają problem z przebijaniem się z własną twórczością. To nie jest tak, że muzyk napisze piosenkę, przyjdzie do wydawcy, a on powie, że to świetne i na pewno się sprzeda. Nie wystarczy docierać do publiki z własną twórczością. Trzeba też umieć się wypromować. Tak było z wieloma zespołami znanymi na świecie. Na przykład Depeche Mode, który przychodził do BBC czy CBS, a wydawcy odstawiali ich z kwitkiem twierdząc, że ich twórczość jest dziwna i nie nadaje się do grania. Gdy się już z nią osłuchali, to grali ją właśnie dlatego, że była dziwna i charakterystyczna. Trzeba umieć się przebić i każdy musi się do tego przekonać.
-Wspomniałeś „Depechów”. Powiedzcie o waszych inspiracjach. Czego słuchacie?
AW: Jestem fanem zespołu A-Ha. Lubię też stare zespoły gitarowe typu Queen, U2, Yes. A jeśli chodzi o inspiracje do tekstów, to piszemy o tym, co dzieje się w naszym życiu. O tym, co było kiedyś, o dawnych miłościach, spotkaniach, albo wydarzeniach.
AL: Podpinom, się pod tym, co Olek godoł. On zaraził nas zespołem A-Ha. Do tego stopnia, że pojechaliśmy na ich koncert do Drezna. Ostatnio jestem bardzo zauroczony muzyką Queenów. Odkryłem ich dość późno, ale jest to coś, co mnie bardzo inspiruje do dalszej twórczości. Może na następnej płycie PIN-u będzie to już słyszalne. Inspiruje mnie także muzyka klasyczna. to wszystko, czego słuchamy pomaga nam w dobraniu stylu w aranżacjach naszych utworów. Choć jest tego dużo, powstaje niezła mieszanka. Co do tekstów, nie lubię wymyślanych historii, wolę prawdę. . Łatwiej mi przychodzi pisanie o rzeczach, które się wydarzyły.
SK: Dodałbym jeszcze Stinga, który zawsze mnie wprowadza w dobre wibracje i kawałek muzyki typu Pearl Jam, Linkin Park, Limp Bizkit, co słychać na pierwszej płycie. Na drugiej odeszliśmy bardziej w kierunku Coldplay. W tekstach piosenek różne rzeczy są inspirujące. Jedziesz autem, ktoś palnie jakieś głupstwo. Potem okaże się, że to fajny zlepek słów, potem okazę się, że to fajny zlepek słów, i... coś z tego powstaje.
-Macie jakiś przykład?
AL: Tak było w przypadku piosenki o Chorzowie. Siedzieliśmy w knajpce w czasie, kiedy miały miejsce zamachy w Madrycie. I mówię chłopakom: Panowie, to straszne! Trzeba coś o tym napisać. Na przykład o tym, że... nikt nie widzi nic, że nikt nic nie czuje, staliśmy się na to obojętni”. I tak powstał refren „Nie widzę nic, nie czuję nic, nie chcę słyszeć…”
-Myślicie, że PIN to ostatni etap? Czy będzie jeszcze coś nowego w waszej karierze?
SK: Mamy założenie, że nie. Wydaje się, że zebraliśmy naszą twórczość, że jest fajnie, że dogadujemy się i trudno zakładać, że to się ma jakoś rozlecieć. Jednak różne rzeczy mogą się wydarzyć.
AL: Nie no. PIN będzie istniał do końca życia.
SK: Tego zespołu, czy członków?
AL: Tak długo, aż będziemy mieli wszyscy siły, choć prawdą jest, że marzeniem każdego wokalisty jest solowa płyta. Olek lubi zespół Enigma, chciałby tworzyć muzykę instrumentalną,Sebastian uwielbia solówki jazzowe. Nie chcielibyśmy się zamykać.
AW: PIN jest naszą bazą, a inne gałęzie są po to, byśmy mogli się realizować, ale to nigdy nie będzie burzyło idei zespołu. Zresztą wiele zespołów robi tak, że nagrywa dwie, trzy płyty, robią przerwę na inne projekty, by z nowymi doświadczeniami wrócić znów do zespołu.
AL: Żyjemy w zdrowej atmosferze, nie stosujemy używek, Jesteśmy odpowiedzialni. Mamy do tego zdrowy dystans. Wierzymy, że czuwa nad tym Bóg i dzięki temu ma to szansę przetrwać.
-No właśnie. W święta wielkanocne mieliśmy okazję usłyszeć Ciebie w kościele św. Jadwigi, podczas liturgii Triduum Paschalnego.
AL: Bardzo chciałem się zaangażować. Służba w kościele jest mi bardzo bliska. Przez wiele lat byłem ministrantem, kantorem, śpiewałem psalmy. Działałem w oazie przez dwa lata. Mam wielu znajomych z tego kręgu. Nie utrzymujemy już dzisiaj tak żywych kontaktów, ale to we mnie istnieje i cały czas chcę uczestniczyć w życiu kościoła. To nie ma nic wspólnego z tym, że jestem osoba publiczną. Chcę się właczać w służbę jako członek kościoła.
-Kiedy wchodziłeś w święta na ambonę, ludzie szeptali miedzy sobą i pytali „Czy to jest Andrzej Lampert?” Nie przeszkadza czasem ta popularność?
AL: Mamy bardzo dojrzałych fanów, którzy nie ingerują w nasze życiorysy. Jeśli ktoś nas zauważa na ulicy, to miłe. Jesteśmy normalnymi ludźmi. Nie obnosimy się ze swoją popularnością.
-Według wstępnego zamysłu w PIN-ie miała być wokalistka. Nie brakuje wam kobiecego wokalu?
AW: To nie tak do końca. Zawsze chciałem założyć zespół i szukałem do niego wokalistki. Przed PIN-em nigdy nie miałem wizji, żeby w zespole śpiewał facet.
AL: Nie wierzył we mnie (śmiech)… Na nowej płycie w chórkach można usłyszeć głos żeński w chórkach. To nas trochę odświeżyło.
-Uchylcie trochę rąbka tajemnicy. Czym zaskoczycie na nowej płycie?
AW: Melancholią (śmiech).
AL: Poszerzyliśmy instrumantarium o fortepian. Chcemy, by poprzez to koncerty były ciekawym widowiskiem dla ludzi, ale wynikającym z naszej muzyki. Nie, sztucznie wykreowanymi jakimiś kolorowymi fajerwerkami.
AW: To będzie kontynuacja pierwszej płyty.
-Czyli tytuł będzie „0002” [pierwsza płyta PIN-u nazywa się „0001” – przyp. red.]?
AL: Nie. Album będzie nazywał się „Muzykoplastyka”.
AW: Była recenzja w „Przekroju”. Nazwali nas specami od muzykoplastyki. Nam się to spodobało. Opisali nas jako ludzi nie do końca świadomych tego, co robią. Niby to ładne, dobrze zgrane, ale nie ma w tym ideologii. Na przekór temu chcemy pokazać, że naszą ideologią jest właśnie muzykoplastyka.
-Kiedy was usłyszymy?
AW: Za chwilę, bo musimy wreszcie zacząć próbę (śmiech).
AL: Koncerty mamy dziś w Brennej, jutro w Ustroniu, 1 września w Nowej Rudzie, dzień później w Chorzowie na stadionie Ruchu i 8 września być może w Gliwicach. W październiku będzie można nas usłyszeć na Festiwalu Stróżów Poranka w Teatrze Rozrywki
